wtorek, 26 stycznia 2016

1. Pierwszy list

Jedenaście lat później
Nad małą, wąską uliczką na obrzeżach Londynu zapadał zmrok. Słońce świeciło jakby ostatkiem sił i zanurzając się za horyzont powoli zaczęło ustępować miejsca księżycowi. W oknach stopniowo zapalały się światła, rozstępując mrok panujący na uliczce. W powietrzu zrobiło się odrobinę zimniej, a przechodnie ubrani w bluzki z krótkim rękawem rozcierali ramiona.
Wśród nich była dosyć wysoka, smukła dziewczyna, ubrana w podartą bluzkę z nadrukiem kota w różowych okularach, przetarte dżinsy i szare adidasy. Jej długie, czarne loki mocno kontrastowały z jasną, niemal białą cerą. Dziewczyna miała dużą bliznę po lewej stronie szyi. W prawej ręce niosła czarny plecak z zepsutym zamkiem. W pewnej chwili odłożyła plecak na bok i chuchnęła na swoje ręce. Przecierała je chwilę, po czym wzięła plecak i ruszyła do przodu wyraźnie zdenerwowana.
Po około minucie doszła do domu, który różnił się od innych tylko numerem, otworzyła zwyczajną furtkę i weszła po najzwyklejszych w świecie schodach na normalny ganek. Już od dawna wiedziała, że nie pasuje do tej zwykłej, poukładanej rzeczywistości na Wisteria Walk, ale na razie nie chciała się nad tym rozwodzić. Nie weszła od razu do domu, wolała trochę pomyśleć nad tym, co powie rodzicom, jednak jej plany pokrzyżowała matka.
Pani Ophelia Smith właśnie wróciła ze znajdującego się ulicę dalej sklepu, niosąc pod pachą bochenek krojonego chleba. Zupełnie nie przypominała swojej córki: miała krótkie, proste włosy w kolorze dojrzałej marchewki oraz zielone oczy. Na jej czole było widać zmarszczki, a czubek haczykowatego nosa niemal dotykał ust. Sprawiała wrażenie kobiety uwielbiającej wtrącać się w sprawy innych i taka w rzeczywistości była. Nawet teraz zdawała się nie zauważać córki, lecz przez dziury w wypielęgnowanym żywopłocie patrzyła na sąsiadkę, notabene całującą się z człowiekiem, który z pewnością nie był jej mężem.
- Dopiero wróciłaś ze szkoły? - zapytała oschle, kiedy w końcu raczyła zauważyć istnienie swojej córki. Wlepiła wzrok w pomiętą kartkę w dłoni dziewczyny.
- A co ty tam masz?
Podeszła do niej, po czym niemal wyrwała jej z ręki kartkę.

Uczennica Bellatrix Smith na lekcji sztuki w nieznany nauczycielowi sposób zmieniła kolor jego peruki z brązowego na ciemnozielony, po czym oświadczyła, że „tak jest Panu bardziej do twarzy”. W związku z tym gorszącym wydarzeniem prosimy Państwa  o stawienie się w naszej placówce 21 listopada około godziny 15, tym bardziej, że nie jest to pierwszy wybryk rzeczonej uczennicy. Liczymy także na pokrycie kosztów zakupu nowej peruki. 
Z poważaniem  
Margaret Bullstone 
dyrektor szkoły

W miarę jak czytała jej twarz robiła się coraz bardziej zielona, aż w końcu kolorem prawie nie różniła się od żywopłotu, przez który tak lubiła wyglądać. Gdyby o tym wiedziała, mogłaby to kiedyś wykorzystać.
Ale nie wiedziała.
- BELLATRIX, TO TWOJA KOLEJNA UWAGA W TYM ROKU! POCZEKAJ TYLKO AŻ OJCIEC SIĘ DOWIE! MARSZ DO ŁÓŻKA BEZ KOLACJI!
Za żywopłotem ucichły namiętne odgłosy.
Trix chciała już zapytać, czy w takim razie może zjeść obiad, ale matka niemal wepchnęła ją przez ciasne drzwi do domu, wtoczyła po schodach na górę, a potem bezceremonialnie zamknęła w pokoju i zabrała kluczyk ze sobą.
Można by przypuszczać, że w takiej sytuacji Bella zacznie płakać, wydzierać się i niszczyć wszystko, co stanie jej na drodze, ale dziewczynie taki stan rzeczy odpowiadał. Jeśli nie siedziała w swoim pokoju, musiała pracować do późnej nocy, więc wolała już tę pierwszą ewentualność.
Rozejrzała się dokoła. W kącie pod jedynym oknem widać było stare, skrzypiące łóżko przykryte czarnym kocem. Po przeciwnej stronie stała szafa z zepsutymi drzwiami, które leżały niedaleko przy ścianie oraz niewielkie biurko. Ściany jej pokoju były stare, brzydkie i obłożone wyblakłą tapetą w rażące różowe misie.
To znaczy, kiedyś takie były. Teraz pokrywały je rysunki Belli przedstawiające postaci w czarnych pelerynach ciągnące za sobą smugi szarego, gęstego dymu - postaci z jej snów.
Trix często miała dziwne, niewytłumaczalne sny. Występowały w nich właśnie te postaci - groźne, a jednak w dziwny sposób Bella czuła się przy nich bezpiecznie, potrafiła się z nimi utożsamiać. Były jej nawet bliższe niż jej właśni rodzice.
À propos rodziców...
Przez otwarte okno dziewczyna usłyszała dźwięk rowerowego dzwonka - to jej ojciec wrócił z pracy. Niedługo potem na dole rozległy się krzyki, a po chwili mocowania się z zamkiem do pokoju wparował ojciec Trix.
Pan Thomas Smith był grubym, przysadzistym mężczyzną o małych, świńskich oczkach, brązowych włosach i krótkich wąsach tego samego koloru. Pracował jako robotnik w fabryce świdrów i wciąż był ubrany w swój ciemnoniebieski kombinezon z białym napisem Dursley’s Borers na przodzie. Bella nienawidziła tego kombinezonu, bo zawsze pachniał kiszonymi ogórkami.
- CO TO MA BYĆ?! - wrzasnął ojciec wymachując jej przed nosem już całkowicie pomiętą kartką, wyglądającą, jakby przed chwilą została wyjęta z pralki.
- ZAPOMNIJ O TYM ŻE BĘDZIEMY TAM ŚWIECIĆ OCZAMI ZA CIEBIE! - wrzasnął znowu. - BYLIŚMY ZA DOBRZY, ALE TO SIĘ ZMIENI! NIE WYOBRAŻAM SOBIE, ŻEBYŚ MOGŁA WCIĄŻ KORZYSTAĆ Z NASZEJ UPRZEJMOŚCI! MASZ CZAS DO JUTRA, ZNAJDŹ PRACĘ ALBO NIE POKAZUJ SIĘ W DOMU!
Ojciec trzasnął drzwiami, które o mało co nie wypadły z zawiasów, zamknął je na klucz i odszedł, tarabaniąc się po schodach.
Bella podeszła  do łóżka i położyła się na materacu. Zaczęła się zastanawiać, który normalny pracodawca zatrudniłby niedoświadczoną, mającą złe oceny, a przede wszystkim jedenastoletnią dziewczynę.
Pomyślała, że nie ma sensu dalej się nad tym rozwodzić. Wstała z łóżka i skierowała się do szafy, której nawet nie musiała otwierać. Zdjęła ubrania z drucianych wieszaków, złożyła je w kostkę i włożyła do czarnego plecaka. Nie było tego dużo - pięć bluzek, trzy pary wytartych spodni, kilka koszulek, skarpetki, bielizna i jedna jedyna, przydługa sukienka.
Dopiero patrząc na tę sukienkę dziewczyna uświadomiła sobie, że właśnie dziś, dwudziestego czerwca, są jej jedenaste urodziny. Położyła się na podłodze i wpatrując się w zacieki na suficie szepnęła:
- Wszystkiego najlepszego.
I właśnie wtedy usłyszała dziwny dźwięk, przypominający pukanie w okno. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jej pokój znajdował się na piętrze.
Bella podeszła do okna i zobaczyła coś, czego nigdy nie spodziewała się zobaczyć w swoim życiu. Na zewnętrznym parapecie leżała złota koperta z wypisanym zielonym atramentem adresem, a na kopercie stała najprawdziwsza w świecie sowa śnieżna poruszająca nerwowo skrzydłami. Kiedy dziewczyna po chwili odrętwienia zrobiła krok naprzód, sowa rozpostarła skrzydła i wyraźnie zadowolona po prostu odleciała.
Bella przez chwilę tępym wzrokiem gapiła się w okno, aż w końcu otworzyła je, wzięła kopertę i przeczytała:

Pani Bellatrix Narcyza Lestrange 
Najmniejsza Sypialnia 
Wisteria Walk 7 
Little Whinging 
Surrey

O co tu chodzi, pomyślała, skąd ktoś zna mój adres?
Wyjrzała nerwowo przez okno, lecz na ulicy zauważyła tylko starą jak świat panią Figg z ulicy obok ciągnącą na smyczy kilka swoich równie starych kotów.
Przełamała pieczęć z tyłu koperty i otworzyła ją, wyjmując ze środka kawałek pergaminu.

Dyrektor: Minerwa McGonagall
Szanowna Pani Lestrange,   
Mamy przyjemność poinformować Panią, że została Pani przyjęta do szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia.Rok szkolny rozpoczyna się 1 września. Oczekujemy pańskiej sowy nie później niż 31 lipca. 
Z wyrazami szacunku, 
Filius Fitwick, 
zastępca dyrektora 
HOGWARTSZKOŁA MAGII i CZARODZIEJSTWA

Nie mogąc nic z tego zrozumieć Bella gapiła się w kartkę z szeroko otwartymi ustami. Dopiero po kilku minutach dostrzegła, że ktoś posługuje się jej dawnym nazwiskiem - tym, które jej matka znalazła przy niej na kawałku pergaminu dokładnie jedenaście lat temu, dwudziestego czerwca dwa tysiące czwartego roku.
Bella od początku wiedziała, że nie jest prawdziwą córką państwa Smithów. Matka prawie codziennie powtarzała „powinnaś być wdzięczna, że dostajesz od nas jedzenie i miejsce do spania”, a ojciec dodawał „powinniśmy wysłać ją do jakiejś normalnej, wojskowej szkoły, tam by ją dopiero poduczyli”. Dziewczyna już dawno zdążyła się do tego przyzwyczaić i teraz traktowała to jako coś zupełnie normalnego.
Mimo to bardzo często zastanawiała się nad tym, gdzie są i co robią jej prawdziwi rodzice. Kiedy byłą mniejsza wyobrażała sobie, że jej mama jest wróżką i co noc przylatuje do jej pokoju sprawiając, że śnią jej się tylko dobre sny. Teraz nie chciała się nad tym zastanawiać, ale była pewna, że jej prawdziwi rodzice są o niebo lepsi od Smithów. Zresztą, od nich wszyscy byli lepsi.
Trix nie miała pojęcia, co o tym sądzić. Odwróciła pergamin na drugą stronę i zobaczyła, że jest tam napisane coś jeszcze.

UMUNDUROWANIE 
Studenci pierwszego roku muszą mieć: 
1. Trzy komplety szat roboczych (czarnych) 
2. Jedną zwykłą szpiczastą tiarę dzienną (czarną) 
3. Jedną parę rękawic ochronnych (ze smoczej skóry alba podobnego rodzaju) 
4. Jeden płaszcz zimowy (czarny, zapinki srebrne) 
UWAGA: wszystkie stroje uczniów powinny być zaopatrzone w naszywki z imieniem. 
PODRĘCZNIKI 
Wszyscy studenci powinni mieć po jednym egzemplarzu następujących dzieł: 
Standardowa księga zaklęć (1 stopień) Mirandy Goshawk 
Dzieje magii Bathildy Bagshot 
Teoria magii Adalberta Wufflinga 
Wprowadzenie do transmutacji (dla początkujących) Emerika Switcha 
Tysiąc magicznych ziół i grzybów Phyllidy Spore 
Magiczne wzory i napoje Arseniusa Jiggera 
Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć Newta Scamendera 
Ciemne moce: Poradnik samoobrony Quentina Trimble'a 
POZOSTAŁE WYPOSAŻENIE 
1 różdżka 
1 kociołek (cynowy, rozmiar 2) 
1 zestaw szklanych lub kryształowych fiolek 
1 teleskop 
1 miedziana waga z odważnikami 
Studenci mogą mieć także jedną sowę ALBO jednego kota ALBO jedną ropuchę. 
PRZYPOMINA SIĘ RODZICOM, ŻE STUDENTOM PIERWSZYCH LAT NIE ZEZWALA SIĘ NA POSIADANIE WŁASNYCH MIOTEŁ.
HOGWART, SZKOŁA MAGII I CZARODZIEJSTWA

Bella usiadła na łóżku zupełnie zdezorientowana. Czy ktoś z niej kpił? Przecież magia nie istnieje, tak samo jak nie istnieje jej mama pod postacią wróżki.
Chociaż, chwila...
To by tłumaczyło jej wszystkie dziwne wypadki, takie jak ta nieszczęsna zmiana koloru peruki nauczyciela. Przecież nie ma chyba na to innego wytłumaczenia?
Co ja wygaduję, pomyślała. Na pewno ktoś chce mnie pogrążyć, a ja idiotka w to wierzę. Jeszcze tylko powinnam poszukać ukrytej kamery.
Porwała pergamin i kopertę, po czym wrzuciła je do starego kosza przy biurku. Nie miała już siły o tym myśleć. Nie wiedziała, co ma dalej robić, więc najprostszym wyjściem wydało jej się pójście spać. Przebrała się w starą koszulkę ze zdrapanym nadrukiem, położyła na łóżku i przykryła kocem. Mimo wszystkich dziwnych wydarzeń tego dnia zasnęła tak szybko, że nie usłyszała stukania sowy za oknem.

piątek, 22 stycznia 2016

Prolog

Stary, czarny kot dawno już zapomniał, którędy powinien wrócić do domu. Pośród ciemności nocy, oświetlonej tylko zimnym blaskiem srebrnego księżyca nie mógł dostrzec ścieżki, którą tutaj trafił. Szedł wciąż przed siebie, a jednak cały czas wydawało mu się, że kręci się w kółko. Wszystkie drzewa, krzewy, nawet kwiaty były takie same, choćby nie wiadomo jak długo im się przyglądał. Już dawno stracił wszelką nadzieję na powrót do domu, do ciepłego legowiska i pysznego jedzenia. Pokrzepiał się jedynie myślą, że jego pani na pewno zaczęła już go szukać, ale szczerze wątpił, aby znalazła go w tym wielkim lesie. Był na siebie taki zły!
Nagle powietrze przeszył dźwięk, którego kot najmniej spodziewał się usłyszeć w cichym i ciemnym lesie. Był to dźwięk podobny do startującego szybowca, lecz wielokrotnie głośniejszy, co skłoniło kota do spojrzenia w górę.
Na początku niebo wydawało mu się zupełnie czyste, lecz już po kilku sekundach na tle jasnego księżyca pojawił się mały, czarny punkcik. Kot wytężył wzrok: punkcik rósł w zastraszającym tempie, po chwili zajmował już niemal całą tarczę księżyca, lekko przyćmiewając jego światło. Dopiero po kilku kolejnych sekundach kot zorientował się, że są aż dwa punkty. Ciągnąc za sobą długie smugi czarnego dymu przybliżały się coraz bardziej do powierzchni ziemi, dokładnie do miejsca, w którym stał on sam.
Chciał uciekać, ale nagle poczuł, że jest cały zesztywniały. Nie mógł się poruszyć nawet na milimetr, choć maksymalnie wytężał siły. Znów spojrzał w niebo.
- Avada Kedavra!
Błysnęło zimne, ciemnozielone światło. Były to ostatnie słowa, jakie w swoim życiu usłyszał kot.
Na ziemi zmaterializowały się dwie postaci w kapturach. Pierwsza wyglądała na szczupłą, młodą kobietę, natomiast drugą był z pewnością mężczyzna.
- Musiałaś go zabijać? - odezwał się zimny, gruby głos należący do mężczyzny.
- Musiałam - odparła po chwili kobieta, kopiąc ciało kota na bok. - Droga wolna.
Oboje podeszli do najbliższego drzewa - dużego, starego dębu, rosnącego tutaj od niepamiętnych czasów. Mężczyzna wyciągnął spod peleryny grubą, umięśnioną dłoń i lekko dotykając kory zaczął rysować na niej palcem dziwne znaki.
- Dwa cale w przód - mruczał pod nosem - trzy cale w bok... jeden cal w lewo...
- Pospiesz się - warknęła kobieta. - Spóźnimy się.
- To nie moja wina, że hasło jest takie skomplikowane! - krzyknął tubalnym głosem mężczyzna.
Kobieta rozejrzała się wokoło. Nie mogła pozwolić na to, żeby ktokolwiek ich zobaczył. Nie obawiała się niczego - opanowała do perfekcji Zaklęcia Niewybaczalne, ale d z i ś  nie jest zdolna do walki. walczyć. D z i ś jest wyjątkowy dzień - dzień, który odmieni życie jej i wielu innych ludzi, a który położy kres zdrajcom krwi.
Nagle kobieta usłyszała  przeciągłe, niskie wycie, dobiegające z lasu. Znała je aż za dobrze.
Wilki.
- Pospiesz się - warknęła do mężczyzny. - Nie mamy czasu.
- Skończyłem - odezwał się mężczyzna.
Przez sam środek grubego pnia przebiegała teraz głęboka rysa, która następnie zaczęła się coraz bardziej rozszerzać, ukazując wnętrze pustego w środku drzewa. Oboje weszli do środka i po chwili pomknęli w dół.
Po kilku sekundach mogli już wysiąść. Znaleźli się w wąskim korytarzu o czerwonych ścianach, którym następnie przeszli do o wiele większego pomieszczenia.
Był to obszerny pokój ze ścianami pomalowanymi na czarno i podłogą tego samego koloru. Pośrodku stał prostokątny, szklany stół, wyglądający jakby był zrobiony z lodu. Obok niego, na wysokich, czarnych krzesłach siedziało kilkanaście osób, lecz jeszcze cztery miejsca nie były zajęte - jedno u szczytu stołu i trzy obok niego.
Mężczyzna oraz kobieta weszli do pokoju i zdjęli kaptury. Kobieta miała lśniące, kręcone, czarne pukle, sięgające jej do ramion, natomiast włosy mężczyzny były krótkie i proste. Pokój wydawał im się teraz większy, niż na początku przypuszczali. Zdawało im się, że minęło kilka minut, zanim zdążyli niemal bezszelestnie przemaszerować przez całą jego długość i zająć swoje miejsca, lecz kiedy w końcu to zrobili, pokój jakby powrócił do swojego poprzedniego rozmiaru.
Po kilku minutach usłyszeli cichy odgłos kroków, dobiegający z czerwonego korytarza. Stawał się on coraz głośniejszy, aż w końcu w drzwiach ukazała się postać wysokiego, szczupłego mężczyzny w czarnej szacie, o czarnych włosach sięgających mu do ramion i haczykowatym nosie. Mężczyzna zajął jedno z wolnych miejsc, po czym pogrążył się w swoich myślach.
- Jesteście wszyscy - na dźwięk tego głosu, przypominającego syczenie węża, kilka osób podskoczyło na swoich miejscach.
Do sali wszedł kolejny mężczyzna. 
Voldemort.
- Wiedziałem, że mnie nie zawiedziecie - odezwał się znowu, zajmując miejsce u szczytu stołu, pomiędzy kobietą a mężczyzną w czarnej pelerynie. - Wiem, że niektórzy z was przyszli tutaj ze strachu - spojrzał na młodego, jasnowłosego chłopca - ale wierzę, że to się zmieni.
Uśmiechnął się szyderczo do chłopca, który siedział z pochyloną głową pomiędzy swoją matką a ojcem.
- Nie jestem jeszcze dość silny - kontynuował - ale to też się niedługo zmieni. Bellatrix - przeniósł wzrok na czarnowłosą, siedzącą obok niego kobietę, która od samego początku wpatrywała się w niego z uwielbieniem - otóż Bellatrix zgodziła się zrobić dla mnie coś w rodzaju... tak, coś w rodzaju horkruksa, jednak o wiele bardziej bezpiecznego i pożytecznego. Bellatrix, proszę.
Kobieta wyjęła spod peleryny niewielki tobołek owinięty brudnymi szmatami. Dotknęła go różdżką, a szmaty natychmiast opadły, ukazując może kilkutygodniowe, śpiące dziecko, ubrane w stare, wypłowiałe i brudne body. Miało czarne, kręcone włosy i oczy tego samego koloru. Było łudząco podobne do kobiety.
Bellatrix popatrzyła po twarzach zebranych, żeby sprawdzić, jakie to na nich wywarło wrażenie. Niemal wszyscy wpatrywali się w dziecko z szeroko otwartymi oczami, oprócz mężczyzny w czarnej szacie, ale to jej nie zdziwiło.
- Będzie użyteczne dopiero wtedy, kiedy osiągnie dwanaście lat - powiedział Voldemort. - Do tego czasu trzeba je gdzieś przechować - dodał, patrząc znacząco na mężczyznę w czarnej pelerynie.

***

Na małej, wąskiej uliczce na obrzeżach Londynu panował mrok. Nawet lampy się nie świeciły, od dawna były zepsute i nikt jakoś nie kwapił się, żeby je naprawić. 
Gdyby mieszkańcy tej uliczki nie spali, mogliby zauważyć mały, czarny punkcik na srebrnej tarczy księżyca w pełni. Mogliby się wtedy oburzać, dlaczego w mediach nie powiedziano nic o zaćmieniu - przecież takie rzeczy zawsze są ogłaszane. Potem mogliby jednak zauważyć, że punkt zmienia się w jakąś rakietę, ciągnącą za sobą czarny, gęsty dym - wtedy pewnie zastanawialiby się, dlaczego ktoś puszcza fajerwerki w czerwcu.
Ale wszyscy mieszkańcy spali i nikt nie zauważył postaci ciągnącej za sobą jakby smużkę dymu, który znikał kilka metrów za nią. Nikt nie zauważył, że postać zmaterializowała się przed drzwiami jedynego domu, w którym jeszcze paliło się światło i zostawiła tam owinięty w stary kocyk tobołek. 
Postać była wysoka, barczysta, a spod jej czarnego kaptura wystawały kosmyki czarnych, lśniących włosów. Jej peleryna, targana wiatrem, uderzała o mur domu, przed którym się zatrzymała. Postać położyła tobołek przed drzwiami domu, a potem nacisnęła przycisk dzwonka, zakryła się czarną peleryną i odleciała w taki sam sposób, w jaki się tu zjawiła.
Z domu wyszła rudowłosa kobieta, rozejrzała się na wszystkie strony, a kiedy nikogo nie zobaczyła, spojrzała w dół. Dostrzegła tobołek, a obok niego kawałek pergaminu. Podniosła go i przeczytała:

Nazywam się Bellatrix Lestrange.
Zaopiekuj się mną.

Witajcie!

To moja pierwsza notka, więc raczej wypadałoby się przedstawić.
No więc mówcie mi Chloe, bo taki mam kaprys xD
Miałam już jednego bloga (o Śródziemiu), ale z perspektywy czasu tamta historia wydaje mi się mega niedopracowana i niezaplanowana. Mimo to dziękuję wszystkim, którzy czytali i komentowali moje opowiadania. Jeśli będziecie chcieli wspierać mnie również tutaj, będę bardzo szczęśliwa. Jestem również otwarta na wszelaką krytykę i pomysły dotyczące opowiadania.
No więc ten blog będzie oczywiście o tematyce potterowskiej, ale spróbuję podjąć ten temat od nieco innej strony. Będzie Bellatrix (*.*), będzie Severus (*.*), będzie również Harry i jego dzieci (*.*), więc myślę, że nie będzie tak źle :P.
Zapraszam Was wszystkich bardzo serdecznie na prolog, który pojawi się bardzo, bardzo niedługo (jest już gotowy).