piątek, 22 stycznia 2016

Prolog

Stary, czarny kot dawno już zapomniał, którędy powinien wrócić do domu. Pośród ciemności nocy, oświetlonej tylko zimnym blaskiem srebrnego księżyca nie mógł dostrzec ścieżki, którą tutaj trafił. Szedł wciąż przed siebie, a jednak cały czas wydawało mu się, że kręci się w kółko. Wszystkie drzewa, krzewy, nawet kwiaty były takie same, choćby nie wiadomo jak długo im się przyglądał. Już dawno stracił wszelką nadzieję na powrót do domu, do ciepłego legowiska i pysznego jedzenia. Pokrzepiał się jedynie myślą, że jego pani na pewno zaczęła już go szukać, ale szczerze wątpił, aby znalazła go w tym wielkim lesie. Był na siebie taki zły!
Nagle powietrze przeszył dźwięk, którego kot najmniej spodziewał się usłyszeć w cichym i ciemnym lesie. Był to dźwięk podobny do startującego szybowca, lecz wielokrotnie głośniejszy, co skłoniło kota do spojrzenia w górę.
Na początku niebo wydawało mu się zupełnie czyste, lecz już po kilku sekundach na tle jasnego księżyca pojawił się mały, czarny punkcik. Kot wytężył wzrok: punkcik rósł w zastraszającym tempie, po chwili zajmował już niemal całą tarczę księżyca, lekko przyćmiewając jego światło. Dopiero po kilku kolejnych sekundach kot zorientował się, że są aż dwa punkty. Ciągnąc za sobą długie smugi czarnego dymu przybliżały się coraz bardziej do powierzchni ziemi, dokładnie do miejsca, w którym stał on sam.
Chciał uciekać, ale nagle poczuł, że jest cały zesztywniały. Nie mógł się poruszyć nawet na milimetr, choć maksymalnie wytężał siły. Znów spojrzał w niebo.
- Avada Kedavra!
Błysnęło zimne, ciemnozielone światło. Były to ostatnie słowa, jakie w swoim życiu usłyszał kot.
Na ziemi zmaterializowały się dwie postaci w kapturach. Pierwsza wyglądała na szczupłą, młodą kobietę, natomiast drugą był z pewnością mężczyzna.
- Musiałaś go zabijać? - odezwał się zimny, gruby głos należący do mężczyzny.
- Musiałam - odparła po chwili kobieta, kopiąc ciało kota na bok. - Droga wolna.
Oboje podeszli do najbliższego drzewa - dużego, starego dębu, rosnącego tutaj od niepamiętnych czasów. Mężczyzna wyciągnął spod peleryny grubą, umięśnioną dłoń i lekko dotykając kory zaczął rysować na niej palcem dziwne znaki.
- Dwa cale w przód - mruczał pod nosem - trzy cale w bok... jeden cal w lewo...
- Pospiesz się - warknęła kobieta. - Spóźnimy się.
- To nie moja wina, że hasło jest takie skomplikowane! - krzyknął tubalnym głosem mężczyzna.
Kobieta rozejrzała się wokoło. Nie mogła pozwolić na to, żeby ktokolwiek ich zobaczył. Nie obawiała się niczego - opanowała do perfekcji Zaklęcia Niewybaczalne, ale d z i ś  nie jest zdolna do walki. walczyć. D z i ś jest wyjątkowy dzień - dzień, który odmieni życie jej i wielu innych ludzi, a który położy kres zdrajcom krwi.
Nagle kobieta usłyszała  przeciągłe, niskie wycie, dobiegające z lasu. Znała je aż za dobrze.
Wilki.
- Pospiesz się - warknęła do mężczyzny. - Nie mamy czasu.
- Skończyłem - odezwał się mężczyzna.
Przez sam środek grubego pnia przebiegała teraz głęboka rysa, która następnie zaczęła się coraz bardziej rozszerzać, ukazując wnętrze pustego w środku drzewa. Oboje weszli do środka i po chwili pomknęli w dół.
Po kilku sekundach mogli już wysiąść. Znaleźli się w wąskim korytarzu o czerwonych ścianach, którym następnie przeszli do o wiele większego pomieszczenia.
Był to obszerny pokój ze ścianami pomalowanymi na czarno i podłogą tego samego koloru. Pośrodku stał prostokątny, szklany stół, wyglądający jakby był zrobiony z lodu. Obok niego, na wysokich, czarnych krzesłach siedziało kilkanaście osób, lecz jeszcze cztery miejsca nie były zajęte - jedno u szczytu stołu i trzy obok niego.
Mężczyzna oraz kobieta weszli do pokoju i zdjęli kaptury. Kobieta miała lśniące, kręcone, czarne pukle, sięgające jej do ramion, natomiast włosy mężczyzny były krótkie i proste. Pokój wydawał im się teraz większy, niż na początku przypuszczali. Zdawało im się, że minęło kilka minut, zanim zdążyli niemal bezszelestnie przemaszerować przez całą jego długość i zająć swoje miejsca, lecz kiedy w końcu to zrobili, pokój jakby powrócił do swojego poprzedniego rozmiaru.
Po kilku minutach usłyszeli cichy odgłos kroków, dobiegający z czerwonego korytarza. Stawał się on coraz głośniejszy, aż w końcu w drzwiach ukazała się postać wysokiego, szczupłego mężczyzny w czarnej szacie, o czarnych włosach sięgających mu do ramion i haczykowatym nosie. Mężczyzna zajął jedno z wolnych miejsc, po czym pogrążył się w swoich myślach.
- Jesteście wszyscy - na dźwięk tego głosu, przypominającego syczenie węża, kilka osób podskoczyło na swoich miejscach.
Do sali wszedł kolejny mężczyzna. 
Voldemort.
- Wiedziałem, że mnie nie zawiedziecie - odezwał się znowu, zajmując miejsce u szczytu stołu, pomiędzy kobietą a mężczyzną w czarnej pelerynie. - Wiem, że niektórzy z was przyszli tutaj ze strachu - spojrzał na młodego, jasnowłosego chłopca - ale wierzę, że to się zmieni.
Uśmiechnął się szyderczo do chłopca, który siedział z pochyloną głową pomiędzy swoją matką a ojcem.
- Nie jestem jeszcze dość silny - kontynuował - ale to też się niedługo zmieni. Bellatrix - przeniósł wzrok na czarnowłosą, siedzącą obok niego kobietę, która od samego początku wpatrywała się w niego z uwielbieniem - otóż Bellatrix zgodziła się zrobić dla mnie coś w rodzaju... tak, coś w rodzaju horkruksa, jednak o wiele bardziej bezpiecznego i pożytecznego. Bellatrix, proszę.
Kobieta wyjęła spod peleryny niewielki tobołek owinięty brudnymi szmatami. Dotknęła go różdżką, a szmaty natychmiast opadły, ukazując może kilkutygodniowe, śpiące dziecko, ubrane w stare, wypłowiałe i brudne body. Miało czarne, kręcone włosy i oczy tego samego koloru. Było łudząco podobne do kobiety.
Bellatrix popatrzyła po twarzach zebranych, żeby sprawdzić, jakie to na nich wywarło wrażenie. Niemal wszyscy wpatrywali się w dziecko z szeroko otwartymi oczami, oprócz mężczyzny w czarnej szacie, ale to jej nie zdziwiło.
- Będzie użyteczne dopiero wtedy, kiedy osiągnie dwanaście lat - powiedział Voldemort. - Do tego czasu trzeba je gdzieś przechować - dodał, patrząc znacząco na mężczyznę w czarnej pelerynie.

***

Na małej, wąskiej uliczce na obrzeżach Londynu panował mrok. Nawet lampy się nie świeciły, od dawna były zepsute i nikt jakoś nie kwapił się, żeby je naprawić. 
Gdyby mieszkańcy tej uliczki nie spali, mogliby zauważyć mały, czarny punkcik na srebrnej tarczy księżyca w pełni. Mogliby się wtedy oburzać, dlaczego w mediach nie powiedziano nic o zaćmieniu - przecież takie rzeczy zawsze są ogłaszane. Potem mogliby jednak zauważyć, że punkt zmienia się w jakąś rakietę, ciągnącą za sobą czarny, gęsty dym - wtedy pewnie zastanawialiby się, dlaczego ktoś puszcza fajerwerki w czerwcu.
Ale wszyscy mieszkańcy spali i nikt nie zauważył postaci ciągnącej za sobą jakby smużkę dymu, który znikał kilka metrów za nią. Nikt nie zauważył, że postać zmaterializowała się przed drzwiami jedynego domu, w którym jeszcze paliło się światło i zostawiła tam owinięty w stary kocyk tobołek. 
Postać była wysoka, barczysta, a spod jej czarnego kaptura wystawały kosmyki czarnych, lśniących włosów. Jej peleryna, targana wiatrem, uderzała o mur domu, przed którym się zatrzymała. Postać położyła tobołek przed drzwiami domu, a potem nacisnęła przycisk dzwonka, zakryła się czarną peleryną i odleciała w taki sam sposób, w jaki się tu zjawiła.
Z domu wyszła rudowłosa kobieta, rozejrzała się na wszystkie strony, a kiedy nikogo nie zobaczyła, spojrzała w dół. Dostrzegła tobołek, a obok niego kawałek pergaminu. Podniosła go i przeczytała:

Nazywam się Bellatrix Lestrange.
Zaopiekuj się mną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz